Pierwsze kroki

Każdy z nas je kiedyś stawiał. A część z nas dopiero zbiera się w sobie aby spróbować. Początki są różne. Łatwiejsze i trudniejsze. Popełniamy różne błędy, których łatwo byłoby uniknąć, gdyby nie pomoc innych lub szczęśliwy przypadek. Mam nadzieję, że podzielicie się ze mną swoimi przemyśleniami. Dlatego zacznę od moich pierwszych kroków. Zaczęłam szyć z jakiejś wewnętrznej potrzeby. Po prostu musiałam. Względy ekonomiczne również odegrały tu znaczącą rolę, to był okres w naszym życiu, gdy moja mama musiała się zająć nami sama. Ale nie był to główny powód, szycie mnie ciągnęło po prostu. Nikt wokół mnie nie szył, chociaż miałam babcię krawcową. Podobno dobrą, o tym niestety nie mogłam się przekonać osobiście, znam tylko opowieści. Nie miałam pomocy w ujarzmieniu maszyny do szycia, wykrojów, materiałów i wszelkich nitek. Uczyłam się sama i na pewno na początku popełniłam mnóstwo błędów. Starałam się podpytać koleżankę mamy o jakieś triki, ale tak naprawdę bardziej mnie zniechęcała niż pomagała. Internet wtedy nie istniał, a przynajmniej nie w takiej formie, jaki znamy dziś. Dlatego moje błędy były tylko moją... zasługą. Jeśli je tutaj wypiszę, może przestrzegę przed nimi chociaż jedną osobę.

Początki szycia
Początki szycia

Moje błędy

Błąd największy: zaczęłam od trudnego projektu i drogiego materiału. I to był duży błąd. Na niebieską tkaninę w kwiaty wydałam ogromną część odkładanego kieszonkowego. I byłam taka pewna siebie, że musi się udać, że od razu zabrałam się za jego krojenie. To była prosta sukienka z zaszewką piersiową. Na ramiączkach wykonanych z lamówki wyciętej również z tej kosztownej tkaniny. Lamówkę zaprasowywałam długie godziny. Sukienkę kroiłam z ręką na sercu. Wszystko zszywałam pieczołowicie ręcznie. I to nie dlatego, że nie miałam maszyny do szycia, po prostu byłam przekonana, że trzeba na początek zszyć wszystko ręcznie. I tu nastąpił błąd numer dwa. Dopiero po wyprasowaniu całości postanowiłam ją przymierzyć. Myślałam, że zaznaczę tylko odpowiednią długość, okazało się, że wybrałam ze dwa rozmiary za dużą formę. Utopiłam się  w tej sukience. I chociaż była na mnie za duża, to nosiłam ją z przyjemnością. Ale do następnych rzeczy byłam już uzbrojona w okupioną złością wiedzę. 

W trakcie mojej nauki popełniłam więcej błędów. Krawiectwo jest takim hobby, którego człowiek ciągle się uczy. Warto jednak uczyć się na błędach innych osób i korzystać  z wszelkich rad, które dziś są znacznie łatwiej dostępne. Powyżej opisałam największe błędy mojego pierwszego szyciowego projektu. Jeśli również masz już za sobą taki pierwszy projekt, to daj znać, jakie błędy mu towarzyszyły.

Początki szycia
Początki szycia

Jaki projekt wybrać na początek?

Nie żałuję, że na swój pierwszy projekt wybrałam sukienkę. Teraz uważam, że była ona dla mnie za trudna. Gdybym jednak wybrała coś innego, to wiem, że nie zakochałabym się w szyciu. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, szyj ściereczkę do kuchni, to ona nie porwałaby mnie do miejsca, w którym jestem teraz. Dlatego pierwszy projekt nie jest oczywisty. Nie ma tego jednego jedynego, od którego musimy rozpocząć przygodę. Są jednak takie, które stanowią proste wyzwania. Wiele osób od nich rozpoczyna i na pewno to pomaga im rozwinąć skrzydła. Ja też mam je za sobą. Po kilku sukienkach czy bluzkach miałam na nie ochotę. Uszyłam mnóstwo poszewek, ściereczek, rękawic kuchennych i innych prostych rzeczy. One dały mi wprawę i pewność przed maszyną. Pewność tego, że mogę szyć prosto i dalej udoskonalać swoje umiejętności. Dlatego takie proste projekty polecam gorąco. Ale nie dla każdego będą idealnym pierwszym projektem. Dla mnie by nie były, a dla Ciebie? Od czego zaczęła się Twoja pasja szycia? A jeśli od czegoś złego, to jak myślisz, co byłoby lepsze na początek?

Początki szycia
Początki szycia

Co warto mieć?

Szyjące osoby mają, z czasem, coraz więcej krawieckich drobiazgów. Wszystkie są potrzebne, nawet jak się ich nie używa. Niektóre są po prostu takimi przydasiami, które człowiek musi mieć bo bez nich psychicznie nie da rady. Sama mam takie. I wcale nie są drobne. Mam np. podszywarkę. Nie korzystam z niej od lat. Ale ją mam. Nie oddam, nie sprzedam, nie rozstanę się z nią za żadne skarby. Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem, gdy sobie o niej przypomnę, gdy mi przeszkadza w magazynie wraz z innymi takimi przydasiami, to sobie mówię: "A może jednak kiedyś będę szyła setki spódnic dziennie, wtedy się przyda".

Ale co tak naprawdę warto mieć? Takie najważniejsze trzy rzeczy, według mnie, to dobre nożyce, maszyna do szycia i prujka. Bez nich ani rusz. A jaka jest Twoja lista trzech najpotrzebniejszych rzeczy? Bez czego absolutnie nie da się rozpocząć szycia? I nie mówię tu o materiałach czy niciach. To jest oczywista oczywistość. Moje pytanie dotyczy raczej narzędzi i dodatków, które muszą być w pracowni, bo bez nich ciężko.

Początki szycia
Początki szycia

Czy szycie jest trudne?

Jestem ciekawa Waszej opinii. Moje zdanie jest takie, że szycie nie jest trudne. To nie lot w kosmos ani dowód twierdzenia o liczbach pierwszych. Jeśli zastanawiasz się nad tym, czy dasz radę, to nie ma się czego bać. Prawdą jest jednak, że szycie wymaga dużo cieprliwości i staranności. Do perfekcji doprowadzają ćwiczenia, ćwiczenia i jeszcze raz ćwiczenia. Wiele z nich okupionych porażką. I jeśli się do tego nie przyzwyczaimy, to może to być frustrujące. To jest moje subiektywne zdanie na ten temat. Chętnie przeczytam co o tym sądzisz? A jeśli dopiero zaczynasz, daj znać co Cię przeraża i powstrzymuje.

Początki szycia
Początki szycia
100% (0 głosów)
493 wyświetlenia

Komentarze

papavero
#18 papavero 2019-01-16 08:41
Właśnie sobie zrobiłam kawę i śniadanie. I z przyjemnością zabieram się za lekturę z waszych komentarzy :-) Jesteście kochane, że dzielicie się swoimi spostrzeżeniami :-)
wodnik-54
#17 wodnik-54 2019-01-16 03:18
A ja mogłabym powiedzieć o sobie ,że się nie urodziłam , lecz mama mnie zgubiła pod maszyną do szycia ,taką starą na pedał z rzemieniem na kole napędowym . W okolicach takiej maszyny minęło całe moje dzieciństwo . Szyłam od kiedy tylko pamiętam : ręcznie i dość sporą igłą , żeby nie zginęła . Maszyna była naszą żywicielką i nie wolno mi było na niej szyć , Wolno było nawlec nici i założyć rzemień , kiedy spadł w trakcie szycia .Pierwszą rzeczą z której byłam bardzo dumna , była spódniczka z pięknej granatowej kratki , spódniczka była dopasowana a od bioder rozszerzana w poukładane fałdy rozszerzające się , co przy kratce wcale nie było łatwe . Miałam wtedy 11 lat a spódniczkę uszyłam ręcznie . Potem szycie było już chlebem powszednim , Pieniądze na wakacje zarabiałam szyciem tzw chałupniczym - szyłam kilka paczek tylko jedną lub dwie operacje szycia przemysłowego z zakładu pracy mojej mamy . Np było to zeszywanie boków , albo naszywanie kieszonek , albo zeszywanie rękawów , Takie szycie dało mi bardzo dobre oswojenie z maszyną i tkaniną . po 2 tygodniach mogłam szyć z zamkniętymi oczyma i było prosto !! Ciuchy dla siebie często szyłam sama z konieczności ,Mama musiała szyć na zarobek na życie i nie miała czasu szyć dla mnie . Moje szycie było łatwe - byłam jak Tereska / z przodu deska i z tyłu deska / i materiały były wtedy łatwe do szycia elana , gręplina , kreton - nie zmieniały kształtu po wykrojeniu jak wiele dzisiejszych .W moim dorosłym życiu zdobywałam kolejne doświadczenie szyciowe . To był czas , kiedy wszystko trzeba było wystać w kolejce i było wydzielane , Np potrzebowałam 4 m materiału na zasłonki ale przydział w sklepie był tylko 3 m , wiec trzeba było ruszyć wyobraźnią: co zrobić i jak zrobić , żeby starczyło , choć było za mało ! jeden materiał , drugi materiał , koronka , falbanka a potem do farby do tkanin , żeby wszystkie użyte składniki zabarwiły się na podobny kolor i powstawały moje małe domowe" arcydzieła ", które zachwycały moje sąsiadki . Szyjąc pierwszą koszulę męską dla mojego dwuletniego synka kołnierzyk prułam chyba z 20 razy aż były strzępy i wyszła tylko sama stójka . Ale byłam zawsze cierpliwa ,dokładna i pokorna w szyciu i to mi procentowało . Przyszedł czas , że musiałam zacząć szyć zawodowo w domu . Moja malutka córeczka była po ciężkiej chorobie i trzeba ją było mieć pod stałą obserwacją . W latach 80-tych żeby prowadzić działalność krawiecką trzeba było mieć papiery mistrza krawieckiego a ja nie miałam nawet zawodówki krawieckiej , tylko własne doświadczenia i czasem poradę od mamy jak wybrnąć z trudnego zaułka szyciowego . Musiałam zrobić kurs dla mistrzów krawieckich . Problem był jednak taki , że był to kurs wielozawodowy , czyli uczestnicy byli różnych zawodów a tylko ja jedna jako krawcowa i wykładów z krawiectwa nie było ,a były wykłady o maszynach budowlanych , przepisach bhp na budowie i w piekarni i wiele innych dziwnych rzeczy ,Każdy uczestnik kursu potem zdawał egzamin przed zawodową komisją ze swojego zawodu . Ja , jako przyszły mistrz krawiecki musiałam przyjść na egzamin ustny w uszytej samodzielnie garsonce na podszewce / żakiet i spódnica /i z wykonaną samodzielnie formą . Wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu rysowałam siatkę , płakałam nad nią i musiałam brnąć dalej . Zupełnie nie rozumiałam opisu w książce , Zostałam " mistrzem krawiectwa miarowego " .i mogłam prowadzić działalność gospodarczą , czyli szyć dla ludzi . Pierwszymi klientkami były koleżanki i sąsiadki , To nie były figury książkowe , każda miała jakieś skrzywienia i wady postawy a ja byłam w tej materii zupełnie zielona , Do dziś jestem im wdzięczna , że cierpliwie przychodziły po 4-5 razy do przymiarki zanim znalazłam właściwy kształt ciuszka . To była dobra szkoła i życia i szycia . Każdą rzecz poprawiałam i dopasowywałam tak długo, aż leżała na klientce idealnie . To zajmowało bardzo dużo czasu . A potem przyszła transformacja ustrojowa i wszystko się zmieniło .Rynek zalała chińska tandeta za marne pieniądze i krawiectwo miarowe upadło . Moja firma jednoosobowa też upadła .Moja miłość do szycia trwa ciągle , choć obecnie musi się pogodzić z miłością do ogrodu i do prac budowlanych ,którymi musiałam się zająć ,żeby z czegoś żyć . Obecnie jestem na emeryturze i wciąż brakuje mi czasu . Moją największą satysfakcją było to , kiedy na ulicy podeszła do mnie młoda kobieta i powiedziała , że sukienka , w której ona dziś jest , została uszyta przeze mnie dla jej mamy , kiedy ona była dzieckiem .Moja porażka ? Było bardzo wiele trudnych sytuacji ale walczyłam zawsze do końca w myśl zasady : kto tu rządzi , ja ? czy tkanina? , czy maszyna ? i nigdy nic nie wyrzuciłam do kosza , czasem tylko musiałam odłożyć na jakiś czas żeby ochłonąć . W mojej tzw " pracowni do wszystkiego " jest renderka , overlock, dwie zwykłe maszyny do szycia i obowiązkowo żelazko i deska do prasowania i miska z wodą i szmatka do rozprasowywania szwów przez mokrą szmatkę mimo iż mam żelazko z parą . Bardzo pomocny jest też stojaczek do rozprasowania rękawów i nie tylko do rękawów . A z przydasiów jest jajko do prasowania czyli takie coś okrągłe , na czym można wyprasować w powietrzu coś , co nie da się wyprasować na leżąco , Są kombinerki , szczypce ,szczypce do napów , kilka różnych nożyczek , młotek , listewka drewniana do sprawdzania czy dół sukienki lub spódnicy jest równy i ma jednakową odległość od podłogi z przodu z tyłu i na bokach czyli "listewka prawdomówna " i jest poduszka dla kota , bo zawsze któryś z kotów mi towarzyszy przy szyciu .
Ariana_El
#16 Ariana_El 2019-01-13 22:39
Och, za dzieciaka wszystkie ścinki u babci były moje, robiłam jakieś sukieneczki czy pościele dla lalek. Wycięte, zszyte na bokach, o obrobieniu czegokolwiek oczywiście należy zapomnieć. Potem wyrosłam z lalek i temat umarł.
A potem wpadłam w fandom Władcy Pierścieni i przepadłam. Jako że babcia szyła, pamiętam, jak mi czasem jakieś przebrania do szkoły robiła, to się uparłam, że będę miała kieckę Eowiny z Dwóch wież. Były wakacje 2009, byłam wtedy po pierwszej klasie liceum i w te wakacje sukienkę uszyłyśmy. Tzn. babcia szyła i mówiła, co mam gdzie sfastrygować i takie tam. Jako wzór miałam zdjęcie z filmu, jako bazę wykroju - jakąś względnie dopasowaną u góry sukienkę wg wykroju z Burdy starszej niż ja. Kupiłyśmy cztery metry kremowej dzianiny, z której potem jeszcze bluzkę zrobiłam, bo koniec końców sukienka została ekonomiczniej skrojona, niż babcia wyliczyła. Ale zrobiłyśmy, stałam się posiadaczką sukienki, którą mimo zmory szycia dzianiny kocham do dzisiaj własnie za tę dzianinę, bo nieważne, w co ją spakuję, to się nie pogniecie. Na marginesie, był to najdroższy materiał, jaki dotąd kupiłam. I może temat by przycichł, ale któregoś razu oglądałam w jakiejś ulotce z marketu maszyny do szycia i tata nagle powiedział, że ma w bagażniku jakąś taką maszynę odkupioną z likwidowanego marketu za grosze razem z innym poreklamacyjnym sprzętem. Więc nagle, zupełnie niespodziewanie, w moim pokoju wylądował Singer z pękniętą obudową i informacją, że rzęzi i głośno chodzi. Oraz z ośmioma ściegami, a to było więcej, niż miała babci maszyna, instrukcja okazała się nie być aż taką z kosmosu, a sama maszyna - sprawna. I była MOJA, do wieczystego zajeżdżania i rzężenia. Nadmienię, że od tego czasu minęło prawie 10 lat, a ja dopiero rok temu kupiłam nowy sprzęt i to tylko dlatego, że urzekły mnie dekoracyjne ściegi. Sama szrotowa maszyna nadal żyje i ma się dobrze, okazjonalnie jest w użyciu, jak muszę coś zeszyć w rodzinnym domu.

A taką pierwszą pierwszą rzeczą, którą uszyłam samodzielnie, była wełniana peleryna z połowy koła, czyli nic szczególnie skomplikowanego. Instrukcję znalazłam gdzieś w internecie, kaptur skopiowałam z bluzy dresowej, taśmę ozdobną (sic!) naszywałam ręcznie, bo się bałam, że maszyną nie dam rady dość równiutko po brzegu taśmy szyć. Potem było więcej cosplayowych rzeczy na tolkienowskie konwenty, wszystko szyte po kosztach i raczej z założeniem, że to przecież do włożenia raz w roku, więc, prawda, po co obrębiać brzegi? Jestem kompletną amatorką, a że mam tendencję do tego, żeby robić po swojemu, to zazwyczaj wykrój, o ile go miałam, był sugestią. Więc pojawiły się potem różne tuniki haftowane przez kartkę, koszule...

Dopiero niedawno przerzuciłam się na szycie bardziej praktycznych, codziennych rzeczy, głównie dlatego, że jak coś sobie ubzduram, że bym chciała, to jak na złość nigdzie nie mogę dostać. Co zabawne, mimo że lepiej lub gorzej, ale jednak większość rzeczy mi wychodzi i zostaje dokończonych, to pozostało to przeświadczenie z czasów szycia cosplayów, że nie należy wydawać za wiele pieniędzy na tkaninę, bo jak mi nie wyjdzie, to będzie szkoda.

Na Papavero trafiłam za poleceniem znajomej niedawno, właśnie po tym, jak wylewałam żale na brak w sklepach płaszcza, jaki mi się wymarzył. Byłam już wtedy na etapie powolnego przymierzania się do szaleństwa, jakim byłoby uszycie. No i mnie znajoma pokarała, podesłała link do gotowego wykroju na płaszczyk. Zajrzałam tu i nie żałuję, choć czasem przeklinam niedobór czasu, bo jest TYLE rzeczy, które można by zrobić, TYLE, żeby zagospodarować różne dziwne bawełny w mojej szafie...

Podejrzewam, że za niektóre techniczne rozwiązania wynikające z samouctwa zostałabym odsądzona od czci i wiary, bo chyba tylko raz szyłam coś prowadzona przez instrukcję za rączkę.

Czego nie polecam - babrania się z niedopasowanym wykrojem. Do niedawna tamta sukienka z Burdy to był jedyny wykrój, który był w założeniu dopasowany i posiadał rękawy. Tyle tylko, że burdowe 36 jest dla mnie za wielkie i za każdym przeklętym razem, jak sobie wymyśliłam kolejną sukienkę, to było dopasowywanie na sobie tych wyciętych kawałków materiału, pogłębianie zaszewek... Przyznaję od razu, nienawidzę fastrygowania i często gęsto gdy utykałam na etapie mozolnego dopasowywania ciucha na sobie, to ciuch lądował w półgotowej formie na dnie szafy. Rekordzistka przeleżała chyba ze cztery lata i doczekała się wymienienia góry sukienki, nim ją skończyłam. A tę nową górę po prostu skopiowałam z jakiejś sukienki z Orsaya, którą mam.
ziraelle
#15 ziraelle 2019-01-13 21:15
Moja przygoda z szyciem miała wiele początków ;) Jeszcze w podstawówce na ZPT kazali nam uszyć fartuszek. Zniemawidziłam maszynę do szycia, która w ogóle się mnie nie słuchała (nie mogłam wyczuć pedału, ciągle było albo za wolno albo mega za szybko). Fartuszka nie uszyłam, to byłchyba pierwszy i ostatni raz w życiu jak na zaliczenie podłożyłam pracę kogoś innego (dokładniej, kolegi z innej szkoły).
Lata później, obserwacja teściowej przypomniała mi, że w podstawówce lubiłam wyszywać. Z wyszywania przerzuciłam się na szydełko, żeby robić ciuchy a nie serwetki. Z szydełka na druty (z którymi też się w dzieciństwie nie polubiłam), bo wzory mi się bardziej podobały.
Po drutach odważyłam się znowu zasiąść do maszyny pożyczonej od teściowej. Zaczęłam od firanki. Trzeba było zabezpieczyć dwa brzegi, obszyć lamówką trzeci i wszyć taśmę marszczącą w taki sposób, jaki sobie umyśliłam. Miesiąc nad tym siedziałam kląc jak szewc, bo mi się ten tiul czy co to tam ślizgał i największy problem miałam żeby... równo ją przyciąć. Masakra. Nie chciałam się poddawać, uszyłam jeszcze kilka rzeczy, których nie nosiłam albo, bo nie wyszły (sukienka z dzianiny z okropnie porozciąganymi szwami), albo, bo takich rzeczy po prostu nie noszę (spódniczka, ładna, ale nie będąca spodniami) i poddałam się przy próbie wszycia rękawów do koszuli.
Trzeci początek przygody z maszyną przeżyłam jakiś rok temu. Powrót do tematu chodził za mną od dłużzego czasu. W końcu kupiłam sobie swoją maszynę w promocji w markecie za bezcen, ale wybierając model świadomie tak, żeby wg. opinii był kompatybilny z tym, co zamierzałam szyć, a więc z tym, co zamierzałam nosić. Pierwszą rzeczą, którą uszyłam za trzecim razem, był zestaw bluza plus spodnie dresowe dla syna. Ambitnie, bluza z kapturem dwustronnym, zamkiem, spodnie z karczkiem i kieszeniami. Karczek wyszedł tak, jakby synowi gacie spod spodni wystawały :D Ale bluza wyszła super! No i wsiąkłam na dobre!
Mamuskaa
#14 Mamuskaa 2019-01-13 13:32
Moja przygoda z szyciem zaczela sie dzieki znajomej, poniewaz ona sama majac zupelnie inne wykrztalcenie nauczyla sie szyc i otworzyla nawet dzialalnosc. Niestety mieszka na drugim koncu Polski ale patrzac na jej prace i na to jak powstaja postanowilam sama sprobowac. Maszyne kupilam w Grudniu 2017 ot tak w przyplywie pomyslu i moj wybor padl na Łucznika Zofia II 2015 szyje sie nawet dobrze choc czasem ma humory. Wydawalo mi sie, ze to bedzie tak fajnie, ze z kawalka materialu mozna wyczarowac super rzeczy. Moje pierwsze nieudolne proby poznania sie z maszyna to byly ubranka dla lalek, potem bluza dla corki odrysowana od innej i sukienka z kominem dla mlodszej ktory wyszedl duzo za szerokim kolnierzem. Nastepne rzeczy juz byly szyte z szablonu papavero. Po przekopaniu internetu, stron o szyciu dowiedzialam sie bardzo duzo lecz nadal sie ucze i znalazlam duzo pokory do tego zawodu. Teraz juz wiem, ze to nie jest tak a wezme i uszyje. Potrzeba duzo pracy wlozyc i dobrze przemyslec co po kolei zrobic aby ta nasza wlozona praca okazala sie sukcesem. Dziekuje papavero za super szablony ktore juz czekaja az znajde czas zeby zrealizowac upatrzone projekty :)
tulpenik
#13 tulpenik 2019-01-11 22:33
Mój początek szycia pamiętam doskonale - było to bardzo niedawno temu - w kwietniu 2018 roku kupiłam maszynę do szycia. Kupiłam ją dlatego, że stal się cud - po 14 latach starań o dziecko - byłam w ciąży. Miałam za sobą udane doświadczenia w robótkach na drutach, postanowiłam więc nauczyć się szyć, by coś dla malucha przygotować. W ten sposób maszyna do szycia znalazła się u mnie.
Dalej nie poszło zgodnie z planem. Dziecko urodziło się martwe, a maszyna została. Każde spojrzenie na nią przypominało okoliczności jej nabycia. Postanowiłam coś z nią zrobić i dlatego uszyłam pierwszą bluzkę... dla siebie. Ot, takie moje początki.
hagos
#12 hagos 2019-01-11 22:29
Moja przygoda z szyciem zaczęła się w szkole podstawowej. Szyłam dla lalek, potem jakieś proste rzeczy dla siebie. Nie były to jakieś krawieckie cuda, powstawały na maszynie mojej mamy, czyli Łuczniku. O jak się na nim koszmarnie szyło,pętelki, zrywanie nici...Potem kilkanaście lat przerwy i znów szycie sprawia mi przyjemność (kupiłam sobie maszynę). Szyję między innymi dzięki stronie Papavero. Szycie pomaga mi się odstresować.
kry-ko
#11 kry-ko 2019-01-11 15:54
To u mnie będzie inaczej. Jestem z wykształcenia krawcem odzieży damskiej lekkiej :lol: To było ze 20 lat temu, nigdy nie pracowałam w zawodzie i zawsze się zarzekałam, że nie będę szyć :lol: A teraz nie tylko szyję ale też robię tapicerkę i mam w planach dalsze szkolenia zwłaszcza konstrukcji i szycia bielizny.
Największy błąd to wagarowanie w ZSZ, zmarnowanie okazji do nauki zwłaszcza konstrukcji - a mogłam być takim dobrym fachowcem, ehh. Teraz szycie pomaga mi się odstresować, (jestem opiekunem osoby dorosłej niepełnosprawnej 7 dni w tygodniu 24h na dobę) a radość sprawiają mi worki ze ścinkami i nowe książki o szyciu, nie mówiąc o przydasiach.
Muszę przyznać, że dużo zapomniałam właśnie przez brak ćwiczeń i praktycznie czasem uczę się od nowa. Dzięki internetowi i takim stronom jak papavero jest to o wiele łatwiejsze. Przede mną jeszcze dużo pracy jeśli chcę być naprawdę dobra, ale tym razem sprawia mi to przyjemność.
kasiacar
#10 kasiacar 2019-01-11 15:45
Ja na szycie zachorowałam w dzieciństwie chodząc z mama na plotki do sąsiadki krawcowej. I to takiej sprytnej, że wszystko zawsze sama rysowała kreda od razu na materiale, a kiecki i tak były jak marzenie, zresztą niejedną z nich sama nosiłam :lol:
I na początku tak samo kombinowałam z moim szyciem rysując "na oko" to co mi się wydawało że powinno być ... Na szczęście pierwsze co szyłam to niemowlęce princeski dla córek i to na "oko" jakoś nawet wychodziło :-) Z szyciem dla siebie tak się już nie dało i wtedy odkryłam papavero, z którym w końcu nauczyłam się szyć, a nawet rysować wykroje samodzielnie ;-) Największym moim błędem na początku było parcie żeby uszyć jedna rzecz za jednym posiedzeniem od początku do końca. Wychodziła z tego tylko frustracja z marnym efektem końcowym w postaci ciuszka, który niejednokrotnie lądował w koszu na śmieci. W końcu nauczyłam się delektować procesem tworzenia i zdarza mi się jedna kieckę szyć przez miesiąc, ale za to mam swój wymarzony efekt i cieszę się z tego jak dziecko.
Rita
#9 Rita 2019-01-11 14:31
Zaczęłam szycie od średniowiecznych strojów bo moim hobby jest rekonstrukcja dawnych epok. Ręcznie szyje świetnie, ze współczesnymi ubraniami szytymi na maszynie idzie mi różnie, ale nadal to uwielbiam. U mnie w rodzinie nikt nie szył, jestem pierwsza :)